Zapraszamy na szkolenie: Rada pracowników – podstawy prawne i praktyczne aspekty jej funkcjonowania. Łódź, 30.09.2026, godz. 9:00. Cena: 1800 zł brutto

Logo Centrum Wspierania Rad Pracowników

Organizuj się, ale rób to inaczej

Jeszcze nie tak dawno, bo kilkadziesiąt lat temu, nie trzeba byłoby nikogo przekonywać do sensowności pomysłu samoorganizacji pracowniczej. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ton społeczno-politycznej codzienności nadawały m.in. polski “Komitet Obrony Robotników”, włoskie ruchy niosące na sztandarach hasło “operaismo” (neologizm, który można przetłumaczyć jako “robotnicyzm”), a we Francji nawet przedstawiciele elit, tacy jak legendarny reżyser Jean-Luc Godard czy cała armia wybitnych profesorów, aktywnie wspierali wszelkiej maści robotnicze postulaty, protesty i strajki. 

Tego typu przykłady można mnożyć w nieskończoność, lecz nie trzeba być wprawnym historykiem, by wiedzieć, że do (światowej, nie tylko polskiej) aktualności mają się nijak. 

Obecnie, idea pracowniczej (lub też każdej innej) wspólnotowości przestała być oczywistością. Powodów jest wiele. Jednakże rozbieranie ich na czynniki pierwsze zostawmy innym filozofom, ekonomistom i politologom. 

Skupmy się na konkretach. Najpierw należałoby przebić balon idealizmu, który miał prawo zwiększyć się do niebotycznych rozmiarów w minionych erach zdefiniowanych przez ekscytujące tłumy ideologie kolektywności oraz współdziałania. W zdominowanym przez indywidualizm XXI wieku, wielkie postulaty zjednoczenia rozbijają się o czysto pragmatyczny (by nie powiedzieć: cyniczny) instynkt przetrwania. 

Współczesna pracownicza samoorganizacja nie jest już więc strategią pielęgnowania ducha kolektywności. Naszą codzienność określa egoizm. Nie w sensie braku koleżeństwa, skupianiu się na czubku własnego nosa, czy niechęci do życzliwości wobec innych. Nazwanie tych postaw aktualnie powszechnymi byłoby niesprawiedliwym nadużyciem. 

Egoizm, który mam na myśli, sprowadza się raczej do zmiany społecznych priorytetów. W toku rozmaitych zawirowań kulturowych i politycznych doszliśmy do punktu, w którym poświęcamy się raczej dla sprawy nas samych (nas, naszych bliskich, konkretnie naszej przyszłości) niż dla Sprawy (państwa, narodu, społeczeństwa, zespołu). 

To postawa egoistyczna, niekoniecznie zasługująca na krytykę. Raczej po prostu logiczna odpowiedź na koleje losu. Trudno bowiem przetrwać w teraźniejszości egoistycznych -izmów (kapitalizmu, neoliberalizmu i tak dalej, i tak dalej) w inny sposób niż grając w narzuconą grę. 

Dzisiejszy robotnik samoorganizuje się również nie po to, by budować z pracodawcą nić porozumienia. Owszem, związek zawodowy, czy rada pracownicza mogły być rozumiane jako instytucje dialogu kilka dekad wstecz, tj. wtedy, gdy ich moc sprawcza rzeczywiście wzbudzała respekt wśród właścicieli, przełożonych i dyrektorów. 

Dziś żyjemy w realiach wspomnianego indywidualizmu, który wpływa na liczebność takich organizacji. Co więcej, jako pracownicy mamy do czynienia z zupełnie nowym typem przełożonego. Kimś, kogo Slavoj Żiżek określa mianem “postmodernistycznego szefa”, tzn. szefa, który stara się dzierżyć władzę nie dyscypliną, a przyjacielską uprzejmością. Kimś, kogo nie sposób nie lubić, a więc również nie sposób mu nie ulegać. Kimś, kto przy pomocy strategii “koleżeństwa” skutecznie rozbraja jakąkolwiek wolę walki wśród podwładnych. 

W tej sytuacji wejście w dialog, gorącą polemikę, wymianę myśli na temat pracowniczych praw wydaje się niemożliwe czy wręcz niepotrzebne. 

Organizowanie się, które miałoby zwiększyć zaangażowanie pracowników w wykonywaną przez nich pracę, wyemancypować ich poprzez zagwarantowanie realnego wpływu na działalność firmy także nie jest dziś najbardziej atrakcyjną z wizji. 

Kulturowe transformacje kolejnych dekad znacznie zmieniły stosunek człowieka do jego pracy. Właściwie całemu wiekowi dwudziestemu patronował kult pracowniczej produktywności. Reprezentanci pokoleń urodzonych przed upadkiem Muru Berlińskiego kultywowali lub obserwowali kultywowanie mitu szlachetnego robotnika. Etos pracy, mimo że z dekady na dekadę powoli tracił swą potencję, bezdyskusyjnie odcisnął swe piętno na losach ludzi z całego świata. 

Dopiero ostatnie lata dokonały wspomnianej wcześniej, społecznej wolty. Nagle, rozumiana niegdyś klasycznie marksistowsko, alienacja przestała polegać na niedopuszczaniu pracownika do pełnoprawnego czerpania z owoców swej pracy. W pewnym momencie okazało się, że wykonywanie pracy alienuje samo w sobie.

Zamierzchła walka toczyła się o bardzo sensowną stawkę. Robotnik czerpał satysfakcję z uprawianego fachu. Dzięki niemu czuł, że dorasta do społecznych oczekiwań budujących obraz ludzkiej godności wyznaczanej m.in. właśnie (najlepiej ciężką) pracą. Był więc diabelnie zmotywowany, by wraz z innymi pracownikami walczyć o swoje. Śmiertelnie poważnie identyfikował się ze swoim życiem zawodowym i pragnął robić wszystko, co w jego mocy, by mógł przeżyć je na godziwych warunkach. Takich, które odpowiadałyby powszechnie propagowanej idei pracy jako czynności wręcz moralnie uwznioślonej. 

Z kolei nowe generacje nie mają zupełnie żadnych oporów przed zerwaniem z wieloletnią tradycją oddawania szacunku (żeby nie powiedzieć: fetyszyzowania) pracy. Dzisiejsi nastolatkowie oraz dwudziestoparolatkowie rozumieją pracowniczą autonomiczność nieco inaczej niż ich ojcowie, czy babcie. Skłaniają się ku hasłom takim jak “quiet quitting” -- walce z kapitalistycznym wyzyskiem, polegającej na wkładaniu możliwie najmniejszego wysiłku w wykonywane obowiązki. Mniej lub bardziej świadomie utożsamiają się z koncepcją “kultury zapierdolu” - sloganem, który wyrósł z dyskusji na portalach społecznościowych i wreszcie w zeszłym roku przeniósł się do głównego nurtu, tzn. do książki Zofii Smełki-Leszczyńskiej omawianej przez takie publikacje jak Vogue Polska (“Cześć pracy. O kulturze zapierdolu” - Wydawnictwo Krytyki Politycznej). 

XXI wiek przestał celebrować świętość pracy. Zaczął traktować ją jako obowiązek, który po prostu należy uczynić możliwie jak najmniej przykrym. To nie są więc realia stanowiące podatny grunt dla spektakularnych haseł o przywróceniu szlachetności, temu, co naturalnie szlachetne. 

Tak więc zupełnie nowoczesne spojrzenie na sensowność pracowniczej samoorganizacji musi zakładać nowe priorytety i kierować się ku nowym celom.

Zmierzchu ideału powszechnej kolektywności wcale nie trzeba rozumieć na sposób apokaliptyczny. Można uznać go za szansę na otwarcie świeżej, dopasowanej do dwudziestopierwszowiecznej rzeczywistości propozycji. Propozycji walki o dobro własne. 

Oferta sprawiedliwości dla społeczności się już przeterminowała, lecz nie należy całkowicie z niej rezygnować. Wystarczy zamienić ją w Sprawiedliwość Dla Ciebie. 

Sprawiedliwość Dla Ciebie nie może zostać zrealizowana przez pojedynczego Ciebie, a więc jeśli rzeczywiście traktujesz ów pomysł poważnie, to współpraca oraz współodpowiedzialność są twoimi jedynymi opcjami.

Nie szkodzi, że uniwersalna wiara w ideologiczny dialog wybrzmiewa dziś melodią przeszłości. Współczesność nie nakłada na nas obowiązku celebrowania lewicowej nostalgii za sprawczością wielkich słów wypisanych na jeszcze większych sztandarach. Człowiek XXI wieku nie powinien wymagać od siebie podnoszenia głosu zmieniającego świat.

Natomiast, nieufność wobec zaistnienia globalnej, postkapitalistycznej alternatywy wcale nie musi oznaczać pochwały milczenia. Wręcz przeciwnie, aktualna sytuacja socjopolityczna powinna rzeczonej ciszy zabraniać.

Buntowanie się przeciw przejrzystej kapitalistycznej dyktaturze właścicieli i szefów ubiegłych lat było idealistycznym, aczkolwiek niemalże naturalnym odruchem robotniczym.

Buntowanie się przeciw tej samej, lecz sprytnie ukrytej za fasadą błyskotliwych umiejętności “miękkich”, dyktaturze także należałoby uznać za całkowicie naturalne. 

I to nie w sensie boju o sprawiedliwość dziejów a w nieco skromniejszym kontekście wyrównywania sił. Potraktowanie samoorganizacji oraz propracowniczych postulatów zupełnie pragmatycznie daje nam całkiem użyteczną perspektywę. 

Pozwala pomyśleć o tych działaniach jak o czysto strategicznych ruchach służących “zdobywaniu pola”, tj. zwiększaniu swojej siły i zmniejszaniu siły mającego odgórnie narzuconą przewagę (ekonomiczną, symboliczną i kulturową) szefostwa. 

Wreszcie, nie szkodzi, iż organizowanie się przestało funkcjonować jako model broniący mitycznej szlachetności ciężkiej pracy. Konserwacja starych sentymentów wcale nie jest konieczna, by współcześni pracownicy skutecznie walczyli o swoje wspólne prawa.

Zmiana społecznego podejścia do wartości, jaką przypisuje się pracowitości, nie oznacza zaniechania walki o swoje. To raczej zachęta do obrania bardziej przyziemnego kierunku. 

Kierunku, który zamieniałby uświęcony ton przodownika produkcji na bezpretensjonalną frazę kogoś, kto po prostu nie chce, by czas spędzony w firmie był dla niego męczarnią. Takowe “tylko tyle i aż tyle” wydaje się niezwykle realistycznym celem. Czemu więc do niego nie dążyć?

Trzy tezy możemy więc przyjąć za prawie pewne. Po pierwsze, pracownicy powinni się organizować. Po drugie, pracownicy nie zawsze chcą się organizować. Po trzecie, żeby zachęcić pracowników do organizacji, należy zostawić historię w tyle i skupić się na dzisiejszych oczekiwaniach, sentymentach i ambicjach. 

Łukasz Krajnik

Łukasz Krajnik

Wykładowca, dziennikarz, konsument popkultury. Nauczyciel akademicki Uniwersytetu Gdańskiego. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling.

lukaszkrajnik.blogspot.com
https://www.facebook.com/kulturalnysampling

Przygotowano w ramach projektu Rozwój Centrum Wspierania Rad Pracowników dofinansowanego ze środków Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Wspierania Rozwoju Organizacji Poradniczych na lata 2022–2033.

Logotypy: Komitet Do Spraw Pożytku Publicznego, Narodowy Instytut Wolności, Rządowy Program Wspierania Rozwoju Organizacji Poradniczych