Zapraszamy na webinar: Praktyczne aspekty funkcjonowania rady pracowników (2h online). 11.03.2026, godz. 14:00. Cena: 500 zł brutto

Logo Centrum Wspierania Rad Pracowników

Strajk w Jeremias. Skuteczna organizacja i walka o prawa pracownicze.

14 lipca 2025 r. po 42 dniach intensywnej walki, zakończył się strajk w gnieźnieńskiej fabryce Jeremias. Mimo nierównych szans, pracownikom udało się wywalczyć podwyżki wynagrodzenia, wydłużenie płatnej przerwy w pracy oraz korzystniejszy system rozliczania nadgodzin. Co zadecydowało o sukcesie akcji strajkowej? Jak skutecznie organizować się w swoim zakładzie pracy? Jakie wnioski mogą wyciągnąć pracownicy chcący poprawić swoją sytuację? Z Mariuszem Piotrowskim, członkiem prezydium komisji zakładowej OZZIP Jeremias rozmawia Filip Kozubski.

Jak to się wszystko zaczęło i co było kroplą, która przelała czarę goryczy? Wyobrażam sobie, że więcej niż jeden czynnik wpłynął na waszą decyzję w sprawie wejścia w spór zbiorowy. Na pewno jest długa droga między założeniem komisji, a rozpoczęciem akcji strajkowej.

Mariusz Piotrowski: Związek już mamy cztery lata. To jest drugi nasz spór zbiorowy z pracodawcą. Wcześniej związków nie było przez dwadzieścia parę lat. Założyć związek w firmie, która funkcjonowała dwadzieścia parę lat, to coś nowego. Wiadomo, że pracownicy byli przestraszeni, bali się, ale jakoś poszło. Związek założył Miłosz Krzak. Ja szybko do niego dołączyłem i razem próbowaliśmy werbować ludzi. Przez te cztery lata, krok po kroku udało się ludzi przekonać, żeby dołączyli do nas. Wiadomo, jedni odchodzili, inni dochodzili, ale więcej jednak dochodziło. Przez te cztery lata w sumie zebraliśmy 140 osób. A dlaczego strajk powstał? Ludzie przychodzili do mnie od mniej więcej półtora roku, z postulatami że chcą poprawy, że to co do tej pory wynegocjowaliśmy, nie daje im satysfakcji, że mogłoby być lepiej. Trochę też nas zdenerwowało, jak dwa lata temu w Gębarzewie (10 kilometrów od Gniezna), wybudowali kolejną halę i tam zatrudnili więźniów. W tym samym czasie mówili, że nie ma pracowników do pracy, nie ma na rynku pracy pracowników wykwalifikowanych. Po pół roku od tego wydarzenia, u nas na zakładzie zwolnili 100 osób. No i się wkurzyliśmy. Nieprzedłużali umów lub zwalniali naszych kolegów, koleżanki. No i to też tak trochę dało nam do myślenia, że pracodawcom nie można ufać, bo kłamią niesamowicie.

W jaki sposób wam, zrzeszonym pracownikom, związkowcom, udało się zmobilizować współpracowników do zaangażowania w spór? Ludzie podchodzą z zasady asekuracyjnie do takich kwestii. Z tego, co opisujesz, mam wrażenie, jakby u was załoga była bardzo zdeterminowana.

Tak, pracownicy podchodzą asekuracyjnie, bo zazwyczaj nikt nie chce wychodzić przed szereg, nikt nie chce wyjść ze strefy komfortu. Mało jest takich osób. U nas prezydium jest dosyć mocne i jakoś tych ludzi wyciągaliśmy. Nie pomogło też moje zwolnienie pół roku temu, w marcu. Pracodawca wiedział, co robi. Zatrudnili kancelarię, która odpowiednio wszystkich nastawiła. Wiadomo, co się robi w takiej sytuacji. Odcina się głowę. Głową w związku jestem ja i to trochę ciężko tam wyszło na początku, ale jakoś tych ludzi przekonałem do strajku. Jeździłem, dzwoniłem, pisałem. Powiedziałem, że to jest ich szansa. Jeśli nie podejmą rękawicy, to tylko do siebie będą mogli mieć pretensje. Ja zrobiłem wszystko, co mogłem. To ja zaryzykowałem. To ja podłożyłem głowę pod topór. Współpracownicy z prezydium też mieli taką szansę. Mówiłem: "Jesli chcecie coś zrobić, to teraz jest najlepszy moment. Jak nie, to później nie narzekajcie." Samemu trzeba zaryzykować i tyle. No i zaryzykowało parę osób. Na początku chyba wystartowało między 90, a 100 pracowników. Kulminacyjny był pierwszy tydzień.

Między 90 a 100 pracowników, na ilu w sumie?

400

Czyli początkowo do strajku przyłączyło się 20-25% ogółu załogi? To chyba dużo?

Tak, i tylu zostało, no bo 120 pracowników jest zatrudnionych w biurze. Agencyjnych pracowników produkcyjnych mamy w liczbie ok. 80-100 osób. Tak naprawdę połowa pracowników, która ma umowę na stałe na produkcji - wyszła. Sukcesywnie ta liczba się zwiększała. Ci, co wyszli to był filar firmy. To byli ludzie, którzy uczyli innych. To byli ludzie z wieloletnim stażem. Początkowo firma komunikowała, że im to nie przeszkadza w produkcji, że dają sobie radę doskonale. Po czasie wyszło, że jednak brakuje tych doświadczonych osób na zakładzie i dzięki temu wygraliśmy. Dzięki tym ludziom, którzy już nie pękli. Wiadomo, stres był dosyć duży. Niektórzy odchodzili od nas, szli do pracy. Byli za nami, ale już nie dawali psychicznie rady. Ci, co zostali, podołali. Pracodawca zawsze będzie oszukiwał, kłamał i mówił, że "bez ciebie sobie poradzimy". Czy to im się podoba, czy nie są niektórzy ludzie w firmie, bez których zakład nie da sobie rady. Im jest ich więcej, tym lepiej.

Wracając do kwestii przekonywania pracowników. Co było argumentem, który faktycznie przekonywał ludzi do bezpośredniego zaangażowania się? Wspomniałeś, że kwestia sprawczości, w znaczeniu szansy by wziąć los w swoje ręce, to był taki decydujący czynnik. Dobrze rozumiem?

Tak. Na początku zadajemy sobie zawsze pytanie - co możemy zrobić dla załogi, dla pracowników? Jako przedstawiciele związkowi możemy tylko ich reprezentować i pośredniczyć. Jednak w końcu dochodzisz do bariery, niewidzialnej ściany. Jeśli komunikaty nie trafiają do załogi - nie mają sensu. Ja komunikowałem, że znaleźliśmy się w takim momencie, którego dalej nie przejdziemy jeśli nic sie nie zmieni.

Największa siła leży w załodze i to ona musi opowiedzieć się za lub przeciw strajkowi. Referendum się udało. 180 osób opowiedziało się za strajkiem A pracodawca zrobił tylko “sprawdzam”. Gdyby te 180 osób, nawet 150 wyszło pierwszy dzień, drugi, no to by było pozamiatane. Raz, dwa byśmy zakończyli. A że zobaczyli, że wyszło na pierwszy dzień 40, tam 60, no to "przeciągnęli nas". Próbowali nas zagłodzić.

Do tego cały czas motywowanie, rozmawianie z tymi ludźmi, bo to trzeba rozmawiać, zapraszać innych ludzi, którzy gdzieś już strajkowali, gdzieś mieli już doświadczenie z tym, opowiadali tym pracownikom też, jak pracodawcy próbują nimi manipulować, jak psychologicznie do tego podchodzą. Tam było bardzo dużo właśnie takich kwestii psychologicznych, gdzie pracodawca próbował wywierać jakieś naciski na pracowników. My na szczęście mieliśmy wiedzę, bo rozmawialiśmy z innymi firmami, z organizacjami, z naszą krajówką (Komisją Krajową OZZIP przyp. red.) i już tych pracowników przygotowaliśmy, że może tak być, że tak zrobią, żeby się nie przejmować, że będą kłamać, SMS-y wysyłać, listy do domu, bo takie rzeczy miały miejsce. Pracodawcy chwytali się wszystkiego, czego mogli, ale na szczęście pracownicy nie pękli, bo cały czas byli uświadamiani, bo najważniejsze to jest ze sobą rozmawiać. Najważniejsza jest komunikacja. To było najważniejsze. Komunikować się, żeby nikt nie został sam z tymi myślami, bo wiadomo, jak dostaniesz jakieś pismo na cały związek, to cię tam mało co obchodzi. Jak dostaniesz list do domu imienny, czy SMS-a na telefon, to już robi na tobie wrażenie.

Jakiego rodzaju były to treści? Jeżeli w ogóle możesz powiedzieć.

Na przykład listy do domu o treści, że, jeśli strajkujący wrócą do pracy, to nie będą ponosić żadnych konsekwencji.

Mimo, że w pierwotnie w ogóle im żadne konsekwencje nie groziły?

Tak, ale zapomniałem jeszcze dopowiedzieć, że przez ten czas, już po moim zwolnieniu, cały czas pracodawca powtarzał, że spór jest nielegalny, a każdy, kto wejdzie w strajk, będzie ponosił konsekwencje. To było takie nawalanie pracowników w ich głowy, że będą mieli problemy. Dużo osób pękło przez to. Naszym zadaniem było uświadamianie. Pracownicy dostawali SMS-y. Po dwóch tygodniach kazałem pracownikom wyjść z zakładu i strajkować na zewnątrz. To znowu dostali SMS-a, że nie wolno strajkować na zewnątrz, że to będą dni i godziny nieusprawiedliwione w pracy, więc też uświadamialiśmy. I każdy... No wiesz, później dzwoni do Ciebie, pyta Cię i mówisz, że wszystko jest ok. Konsultowaliśmy wszystko z prawnikami, żeby pracownicy widzieli, że jesteśmy z nimi szczerzy. Szczerość i rozmowa. To było najważniejsze.

Wiele struktur związkowych z innych miast, ale też zagraniczne organizacje, między innymi jedna z największych organizacji związkowych ze Szwecji SAC, wyraziła poparcie dla waszej sprawy, a także ruszyła publiczna zbiórka na fundusz strajkowy. Jak oceniacie to wsparcie zewnętrzne? Czy było ono dla was wystarczające? Czy coś można było zrobić lepiej, bardziej? Czy była to tylko symboliczna pomoc?

Nie, symboliczna nie była. Różne organizacje, czy związkowe, czy pozazwiązkowe, bardzo silnie wspierały. Począwszy od tej zbiórki, do przyjazdu do nas. To się bardzo w takich sytuacjach liczy. Pracownicy na to patrzyli, czuli się wspierani. Różne organizacje przyjeżdżały, wspierały, oferowały pomoc. Przyjeżdżali ludzie z partii Razem. Ci młodzi przyjeżdżali (przyp. red. Koła Młodych OZZIP). Czerwoni przyjeżdżali (przyp. red. www.czerwoni.org), związkowcy z innych zakładów. Tutaj z Gniezna przyjeżdżali z Paroka, z Solarisa, z Volkswagena. Kupa zakładów. Górnicy nawet ze Śląska przyjechali, Sierpień 80. Naprawdę sporo tego było. I mówię, to się liczy. Jeśli przyjeżdża do ciebie ktoś i mówi, że to samo przeżył i że was nie zostawi, gdzieś to nagłośni, ta zbiórka, bo tak naprawdę kasa się liczy. Bo pracodawca nie ma obowiązków.

Koniec końców chodzi o to, żeby po prostu się utrzymać. Dysproporcja między pracownikiem a pracodawcą musi być tu decydująca, gdy każdy z pracowników ma rodzinę do utrzymania.

Dokładnie. Przez lata im nabijaliśmy kabzy, a tobie jako zwykłemu szarakowi, starczy może na miesiąc, może dwa, ale zaczynasz myśleć co dalej? I wiadomo, że pracodawca chciał nas zagłodzić. Chciał nas zagłodzić i jak najbardziej to przeciągnąć, jak największą propagandę siać. Tym można powiedzieć “swoim” ludziom na zakładzie kazał wychodzić na zakład i opowiadać, że oni się nie ugną, że zobaczycie, że ich zwolnią, albo wrócą na kolanach. No i ci, co zostali już dwa, trzy tygodnie na zakładzie, już nie chcieli wyjść. Mieli różne opcje, mogli iść na urlop, czy zachorować, czy zrobić coś jeszcze innego. Mogli się oczywiście rozchorować z nerwów, ale niektórzy nie skorzystali z tego. No szkoda. Mówię, gdyby więcej ludzi wyszło, to potrwałoby to szybciej. Odwagi brakuje w naszym narodzie. Uwierz mi, że ja widziałem chłopaków po 30-40 lat, młodych, a jak przechodzili koło nas, to nie wiedzieli, gdzie oczami patrzeć. Trzęśli się - z jednej strony kierownicy, zachęcali do roboty, my mówiliśmy chodźcie do nas - nie wiedzieli, co robić. To jest straszne, że jesteśmy w tych czasach tak ubezwłasnowolnieni, można powiedzieć, tak mamy w głowach namieszane, tak jesteśmy oswojeni, nie wiem, wytresowani. Chłopy zdrowe, kobiety zdrowe i się, można powiedzieć, boimy wszystkiego. Boimy się zaryzykować, boimy się wyjść. Można krzyczeć w internecie, pisać, obrażać się, bo jest się anonimowym, a jak trzeba wyjść, stawić czoła pracodawcy, gdzie na papierosie tak zwanym plujesz na niego i mówisz, że jest taki i taki i powinno być lepiej, a głowę chowasz w piasek. No to jest śmieszne, nie? I to jest straszne zarazem, bo tak jesteśmy tresowani przez lata. Ale to widzę wszędzie. Wszędzie, każdy narzeka, a jak ma coś zrobić- no co ty, nie ten, ja bym poszedł, jakby wszyscy poszli. Wszyscy razem nie pójdą. Musi być część ludzi, która weźmie to na siebie i reszta musi iść za nimi. Nawet tak jak tutaj mamy, było nas 60-70 na końcu. Daliśmy radę, a firma ma 400 osób, więc naprawdę nawet już taka grupa osób wystarcza. Robi robotę. Więc nie muszą wychodzić wszyscy. Najtwardsi wychodzą i trzymają to i tyle. Mówię, nie bać się i próbować. Czasy są takie, że ludzie, jak mają ciepłą wodę w kranie i coś do garnka włożyć, to już im starczy. To już mają wszystko. Ale narzekać będą i obrażać innych, tych co próbują coś zmienić.

Czy uważasz, że istnieje szansa na przesunięcie tego dyskursu, żeby ludzie byli bardziej skorzy postawić na swoim, wykonać ruch, a nie tylko działać na poziomie deklaratywnym w internecie? Wspomniałeś także o organizacjach społecznych, o związkach, ale czy reakcje Państwowej Inspekcji Pracy, samorządu czy Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) były Waszym zdaniem adekwatne?

Skłamałbym gdybym powiedział, że nie pomogli. Ministra (Agnieszka Dziemianowicz-Bąk przyp. red.) przyjechała tutaj pod zakład chyba trzy razy, ale im dłużej patrzyłem na to, to widziałem coraz wyraźniej niemożność państwa. Przyjeżdża ministra pod zakład, chce wejść na tę halę, gdzie ma miejsce strajk. Wychodzi pracodawca, jeden, drugi dyrektor powiedział, że ok, zapraszam do biura, tam poprzebierali kierowników za pracowników, zaczęli płakać, że co oni tam robią, że rozwalą firmę. Po czym pani ministra i reszta posłów mówi - wchodzimy na halę. A on mówi, nie, nie wchodzicie. I zza płotu pani ministra patrzyła, co się dzieje na hali. Po prostu nie wpuścili jej na zakład i tyle. Mogą robić wszystko. To jest właśnie to, że korporacje, jak wynajmą jakichś adwokatów, co idą po bandzie, powiedzą, a dobra, stracicie 100 tysięcy. Zarabiacie 100 milionów, co to dla was? Przeciągniemy ich dwa, trzy lata, może gdzieś tam ta organizacja padnie, gdzieś tam jeszcze ich podźgamy. To mnie trochę przeraziło. No ale i tak bardzo dziękujemy, bo przyjechała, do Gniezna, do dziury, można powiedzieć, zabitej dechami, bo Gniezno się wyludnia, ludzi jest coraz mniej. Firm też jest mało. Nie wiem, czy mniej się inwestuje, czy co, bo wiadomo, żeby dobrze zarabiać, to musi być konkurencja, ale tutaj nie ma konkurencji. Te firmy robią, co chcą, bo są królami w tych stronach, cesarzami, można powiedzieć. A ministra przyjechała i powiedziała, że spór jest legalny. To było bardzo ważne dla pracowników, że to powiedziała. To było najważniejsze, żeby na psychę pracownikom wpłynęło to, że nie robią nic złego, tylko zgodnie z prawem. Tym bardziej, że pracodawca od pół roku czy od roku powtarza, że strajk jest nielegalny. Nie umiał wykazać dlaczego jest nielegalny. Tylko, że jest nielegalny i tyle.

A jak wyglądała reakcja władz samorządowych?

Prezydenta przez pierwsze dni nawet nie było. Pierwszy strajk od 40 lat, a jego nie było. Później zaangażowaliśmy dosyć mocno prezydenta, radnych. Zwołano nadzwyczajną sesję Rady Miasta. Później radni wyznaczyli nam salę i mediowali między nami a pracodawcą. Pracodawca od razu inaczej się zachowywał. Z nami w ogóle nie chciał gadać. Nie respektował naszych żądań, tylko oferował ochłapy. Gdy sprawa zaczęła się robić publiczna, już widzieli, że nie ma żartów, że ekipa się tutaj nie poddaje. Gdy był czterdziesty-któryś dzień, to zaczęli siadać do rozmów i konkretnie gadać. No i coś tam się udało wynegocjować fajnego. To trzeba przełamać. Każdy ma swoje granice. Każdy ma swoje limity. Firma też - zyski i straty. I tutaj nie można się poddać. Trzeba iść do oporu na maksa.

Słuchając Twoich wypowiedzi zauważam mocny kontrast. Z jednej strony prawdą jest to, że państwowe ramy instytucjonalne są za słabe względem firm. Z drugiej strony wasza sytuacja pokazuje, że czasami, jeżeli jest wola polityczna, to nawet w ramach tych niedomagających rozwiązań można coś zrobić. Poniekąd dzięki fali medialnej, którą wywołała wasza akcja, w Sejmie pojawiła się dyskusja na temat surowszego karania pracodawców przez Państwową Inspekcję Pracy za łamanie praw pracowników. Jakich zmian w prawie pracy oczekiwalibyście wy jako pracownicy i związkowcy?

Zanim odpowiem na to pytanie jeszcze tylko mała dygresja. Nie wiem czemu ci mali przedsiębiorcy, jedno, dwuosobowe działalności gospodarcze, utożsamiają się z takim Jeremiasem. Mają swoje firmy i przykładowo pięć osób na nich robi, ale gdzie oni do takich firm podjeżdżają? Gdzie duzi ściągają miliony z podatku, dostają dofinansowania czy coś. I ja zawsze się śmieję, że "gdzie ty w ogóle tam z tą firmą się utożsamiasz?" Takie firmy jak te duże "łykają" twoje. Bo, jeśli są czasy kryzysu, ta duża firma ma takie zaplecze, że nie pęknie, a ty zbankrutujesz, ona przejmie twój rynek i później w czasach prosperity stanie się coraz większa. Właśnie dlatego korporacje nie padają. One po prostu zwiększają swój rozmach. To mali przedsiębiorcy bankrutują. Ja nie wiem skąd się bierze to utożsamianie. Może im imponują, że taką kasą obracają, że tylu ludzi zatrudniają i dają radę.

Takie duże firmy to są tzw. państwa w państwie. Mali pracodawcy mówią: sam sobie załóż firmę to będziesz zarabiał, ile chcesz. Ale jak tutaj każdy pracownik przerabia z 30-40 tysięcy złotych dziennie i dają ci na koniec miesiąca 4-5 tys. no to się denerwujesz, bo widzisz jakim towarem obracasz i jaką kasę robisz dla firmy. Stać ich na 40 kierowników, żeby cię pilnowali, siedzieli na kamerach, a nie stać, żeby ci uczciwie płacili, więc o co tu w ogóle biega?

Jeśli miałbyś dać kilka kluczowych wskazówek dla pracowników, którzy na co dzień spotykają się z nieuczciwymi praktykami w swoim zakładzie pracy to co by to było? Co byś chiał powiedzieć ludziom, co wychodzą właśnie na tego wspomnianego wcześniej przez Ciebie papierosa i widzą, że coś jest nie tak, wkurzają się, ale nie mają tej sprawczości?

Po pierwsze, muszą namówić kogoś, żeby ich reprezentował albo sami podnieść rękawicę. Musi być to osoba lub najlepiej osoby. Wtedy odpowiedzialność będzie się rozchodziła szerzej. Muszą to być osoby, które nie dają sobie w kaszę dmuchać a jednocześnie z gotowością do dogadania się. Muszą to być osoby, które nie dadzą sobie nic wmówić, czy w coś wmanewrować. Nie raz pracodawca potrafi wpływać psychologicznie na pracowników i gadać niesamowite rzeczy. Że jeśli tak zrobisz, to firma padnie, jeśli tak, to będziemy musieli zwalniać pracowników. Będzie grać na twoich emocjach. Ale tak naprawdę to jest ściema. Musi być 4-5 osób dosyć charakternych. Mają reprezentować, nie bać się i ci pracownicy, co ich wybiorą, muszą iść za nimi. Muszą im zaufać i iść za nimi. To jest najważniejsze. No i te osoby też muszą pokazać, że nie dadzą się sprzedać, nie dadzą się zastraszyć. To jest długotrwały proces. Trzeba się spotykać, najlepiej poza zakładem. Na zakładzie, to wiadomo, dużo nie można mówić. Jakieś imprezy organizować, jakieś spotkania i też na prywatnych spotkaniach się zgadywać. My robiliśmy co jakiś czas, raz na pół roku, jakieś spotkanie, jakieś ognisko, jakąś imprezę, żeby tych ludzi zżyć ze sobą. I to jest dobry sposób, żeby porozmawiać sobie na spokojnie. W pracy nie ma na to czasu. W pracy zazwyczaj jesteś gnany, gdzieś musisz "latać". Każdy jest spięty, gdzieś się obserwują itp. Inny kolega może cię "załadować" (podkablować przyp. red.) do przełożonego, bo dostanie za to premię 100 zł, albo zostanie poklepany po plecach, bo też tacy ludzie są. Więc, reasumując - spotykać się, rozmawiać, wybrać sobie przedstawicieli i iść za nimi.

Czyli najważniejszy jest aspekt budowania społeczności wśród pracowników?

Tak to powinno wyglądać. Tak jak mówiłem, w zakładzie, w którym pracuje kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset osób dwie osoby nic nie osiągną. Tu potrzebna jest większa grupa. Pojedyncze osoby pracodawca szybko uciszy. Jak jest dużo ludzi, to już musi się z nimi liczyć. Już zainteresowanie, już media, już politycy, bo są wyborcy, bo coś. Od razu jest inna rozmowa.

Czy po zakończonym sporze zbiorowym wróciliście już do pracy?

Pracownicy wrócili, ja jeszcze nie.

Jeszcze nie zostałeś przywrócony do pracy?

Nie, przywrócili mnie. Płacą mi pensję, ale nie chcą mnie na zakładzie. Z pracownikami już rozmawiałem, że trochę to potrwa, ale będziemy walczyć cały czas. I tak wejdę na zakład. Pokażę im, że nie ma pozwolenia na łamanie praw w Polsce.

Wygrana wygraną, ale pewnie przychodzi moment, że trzeba wrócić do normalności.

Tak, rozmawiałem z pracownikami, żeby podali sobie ręce z tymi ludźmi, co nie wyszli na strajk, że już po wszystkim. Może za jakiś czas, mam nadzieję, że nie dojdzie do takiej sytuacji - ale za jakiś czas jakby coś się znowu stało, że będą odważniejsi. Będą widzieć, że głowa nikomu nie spadła, że można wyjść, pokazać się, nawet do kamery coś powiedzieć. Bo dużo ludzi jest odważnych, ale ciężko im wyjść poza swoją strefę komfortu. Jak mają gdzieś przemówić coś do kamery, gdzieś publicznie, no to już nie jest fajnie. No, ale w trakcie strajku przełamywali się, rozmawiali między sobą, zżyli się bardzo. Naprawdę zżyła się ekipa. Moim zdaniem są jeszcze twardsi po tym strajku. I takie rzeczy nie łamią ludzi, tylko wzmacniają, a strach ma wielkie oczy. Więc próbować i wychodzić. Jak się nie uda, to się nie uda. To nie jest koniec świata. Ale trzeba próbować. Nie można patrzeć na wszystko obojętnie i się całe życie bać, bo mam np. kredyt do spłacenia. Ci dyrektorzy też mają kredyty. Ale już nie takie sumy, jak my i im też zależy. Więc nie dać się przestraszyć. To jest najważniejsze.

Oprócz ciebie zwolniony został jeszcze Dariusz Modrzejewski, prawda?

Tak. Darek też został przywrócony przez sąd, ale tam jakaś kombinacja była z jego badaniami lekarskimi i teraz szukają miejsca na zakładzie, gdzie mógłby pracować. Moim zdaniem to jest zwykłe przeciąganie w czasie.

Czyli wcześniej pracował na jednym stanowisku, z którego został zwolniony, następnie został przywrócony i nagle pracodawca uważa, że nie spełnia jakichś wymogów?

Tak, nie może pracować na tym stanowisku, bo mu zdrowie nie pozwala.

To straszne, że już jest decyzja Inspektora, ale mimo to pracodawca wszystko spróbuje podważyć, każdą jedną rzecz.

No i to jest właśnie duży problem. Niby prawo jest prawem, ale można się odwołać, można przeciągnąć w czasie, a może za pół roku, a może za rok będzie decyzja i niektórzy już mają dosyć i powiedzą, no dobra, pieprzyć to, idę gdzie indziej. Na tym to polega. Na przeciąganiu w czasie, umęczeniu i zagłodzeniu. Żadni smutni panowie nie przyjdą do domu i nie zapukają. Nie ma co się przejmować. Gdyby firma nie wynajęła tej kancelarii specjalizującej się w union bustingu, to pewnie by była o połowę mniej sławna, mniej krzywdy by wyrządziła. Cios za cios. I tyle. Oni nam ładowali dosyć mocno, to i my odpowiedzieliśmy dosyć mocno.

To ta sama firma prawnicza, z której usług korzysta Amazon?

Obsługują prawnie Kaufland, Amazon. Te prawnicze cwaniaczki z tymi dużymi korporacjami się za pan brat mają, bo wyciągają kupę kasy. Zarabiają miliony. Mają dużą wiedzę, ale wykorzystują ją w złych celach. Na to nigdy nie może być zgody. Ludzie stawiają opór. Ostatnio także na kolei strajkują, w PKP Cargo. Osoby decyzyjne próbują rozwalić taką wielką firmę. Efektem, pewnie w niedługim czasie, będzie przejęcie przewozów przez jakąś niemiecką, czy ukraińską korporację. Ja wspieram każdy strajk. Każdą taką inicjatywę. Kibicuję by ludzie w końcu wzięli sprawy w swoje ręce. Jeśli się nie upominasz, to nie licz na efekt.

Dziękuję za rozmowę.

Historia strajku w firmie Jeremias pokazuje, że tylko dzięki samoorganizacji opartej na wzajemnym zaufaniu, pracownicy mają szansę wywalczyć sobie lepszą przyszłość. Strajk pokazał siłę pracowniczej solidarności w postaci wsparcia ze strony wielu związkowców z całej Polski. Miejmy nadzieję, że sytuacja ta stanie się inspiracją dla pracowników, którzy do tej pory bali się wziąć sprawy w swoje ręce.

Autor zdjęcia: Jan Skarbek Kazanecki

Filip Kozubski

Student prawa na Uniwersytecie Łódzkim. Interesują go zagadnienia z zakresu prawa pracy i socjologii prawa. Członek Łódzkiego Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej. Angażuje się w działania lokalnych ruchów społecznych. Prywatnie miłośnik zwierząt, sportu i muzyki niezależnej.

Przygotowano w ramach projektu Rozwój Centrum Wspierania Rad Pracowników dofinansowanego ze środków Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Wspierania Rozwoju Organizacji Poradniczych na lata 2022–2033.

Logotypy: Komitet Do Spraw Pożytku Publicznego, Narodowy Instytut Wolności, Rządowy Program Wspierania Rozwoju Organizacji Poradniczych