To jest nasza demokracja. Miżejewski o radach pracowników, dialogu społecznym i partycypacji pracowniczej
III Rzeczpospolita nie tylko dla mojego pokolenia była wielką obietnicą społeczeństwa demokratycznego, liberalnego i obywatelskiego. Po trzech dekadach istnienia państwa, które miało zdecydowanie na lepsze zmienić realia ustrojowe, mamy prawo i obowiązek pytać, co się udało, a co pozostawia zbyt wiele do życzenia. Solidarnościowe dziedzictwo, pojmowane szerzej niż pierwotna związkowa struktura, okazało się zbyt słabe dla budowy demokracji pracowniczej, rad pracowników i pogłębionego dialogu społecznego. „Demokracja pracownicza to nieodrobione zadanie ostatniego trzydziestopięciolecia” – mówi Instytutowi Spraw Obywatelskich Cezary Miżejewski, spółdzielca Ogólnopolskiego Związku Rewizyjnego Spółdzielni Socjalnych.
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej” – czytamy w konstytucji. Podstawą ustroju gospodarczego naszego państwa jest „społeczna gospodarka rynkowa, oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych” – głosi najwyższy akt prawny Rzeczypospolitej Polskiej, uchwalony wiosną 1997 roku przez Zgromadzenie Narodowe i zatwierdzony w ogólnonarodowym referendum 25 maja 1997 roku.
Trudno zaprzeczyć, że ustrojowa martwica bardzo szybko zaczęła toczyć organizm Rzeczpospolitej – neoliberalne toksyny doprowadziły do znacznego paraliżu społecznych zasad i wartości. Demokratyczne reguły sprowadzono do rytuałów politycznej gry, praktycznie wyłączając z tej dziedziny gospodarkę, co znacznie ułatwiło politycznym elitom przeprowadzenie transformacji ponad głowami milionów pracowników i pracownic najemnych.
Znakomita większość politycznych sił (poza mało liczącą się partią Razem), które wołały w poprzednich latach: „demokracja” i „konstytucja”, nigdy nie brała serio artykułów najwyższego aktu prawnego III RP odnoszących się do sprawiedliwości społecznej i gwarantujących demokrację pracowniczą jako element gospodarki rynkowej. Także prawica – choć po 2015 roku z niemałym powodzeniem zdecydowała się na prosocjalną korektę społeczno-gospodarczych, wyzyskowych zasad rynkowo-państwowych – nigdy nie poświęciła tylu politycznych emocji społecznym zasadom rynkowym, co wielu obyczajowym i kulturowym kwestiom.
To znamienne, że tak zwany polski populizm, choć żądał więcej egalitaryzmu i szacunku dla klasy ludowej, mieszkańców mniejszych ośrodków, ludzi gorzej wykształconych, emerytów i rodzin wielodzietnych, w wielu sprawach posługiwał się i posługuje mocno wolnorynkową retoryką. Szczególnie w sprawach dotyczących prowadzenia biznesu, roli pracowników i pracownic w firmach, roli państwa w ustalaniu czy choćby moderowaniu prawideł i obyczajów dotyczących relacji pracownicy–pracodawcy.
Dialog społeczny, demokracja i partycypacja wyparowały
W państwie, które powstało w dużej mierze dzięki solidarnościowemu zrywowi i katolickiej nauce społecznej, jasno wykładanej przez Jana Pawła II, dialog społeczny, demokracja i partycypacja pracownicza wyparowały w powietrzu gorącym od ultraliberalnych opinii i praktyk. Gdy czytam, że w Amazonie podczas wykonywania obowiązków zmarł 48-letni pracownik, a prokuratura nie zdecydowała się nawet na sekcję zwłok, to traktuję to jako kolejne tragiczne świadectwo tego, kto jest na górze, a kto na dole kapitalistycznej hierarchii. Nawet „Gazeta Wyborcza”, którą trudno traktować jako medium propracownicze, podaje w tekście na ten temat: „Blanka Hasterok, działaczka Inicjatywy Pracowniczej w Amazonie i była pracowniczka magazynu w Sosnowcu, a obecnie w Gliwicach, zaznacza, że wielu pracowników tego działu podczas trwającej około 10 godzin zmiany pokonuje nawet 30 kilometrów. »Pracownicy mierzą dystans swoimi telefonami. Takie wartości to na tym dziale norma« – mówi Zakładowa Społeczna Inspektor Pracy”.
Na łamach „Tygodnika Spraw Obywatelskich”, wydawanego przez Instytut Spraw Obywatelskich, niejednokrotnie ukazywały się artykuły i wywiady o tym, jak trudno w Polsce prowadzić działalność związkową (czy szerzej: aktywność propracowniczą) w wielu firmach reprezentujących największy globalny kapitał. Modną w pewnym momencie w branżowych, ekonomicznych mediach narrację o rynku pracy pracownika osnuto na podwyżce płacy godzinowej i minimalnej oraz radykalnym spadku bezrobocia około dekady temu.
O wiele mniej mówiono jednak o tym, jak wygląda partycypacja pracownicza, jak układane są relacje w firmach; o tym, czy ludzie, którzy powinni być na etatach, rzeczywiście na nich są. I czy osoby, kobiety i mężczyźni, którzy podejmują próby prowadzenia propracowniczej działalności w swoich firmach, są szanowani przez pracodawców i faktycznie chronieni przez obowiązujące w Polsce prawo.
„Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych, organizacji społeczno-zawodowych rolników, stowarzyszeń, ruchów obywatelskich, innych dobrowolnych zrzeszeń oraz fundacji” – to kolejny cytat z konstytucji RP. Nie sprawia ona dziś wrażenia najważniejszego aktu legislacyjnego w państwie, nawet jeśli klasa polityczna lubi się na nią powoływać. Tylko że to nie zaczęło się dziś. Wątki społeczne w konstytucji od dawna były przemilczane, lekceważone, wypierane i zagłuszane. Dobrze wiemy, że niektóre jej fragmenty od samego początku jej obowiązywania sprawiają wrażenie jeśli nie martwych, to obumierających. Wielki koncept społeczeństwa obywatelskiego wcielonego w organizacje trzeciego sektora jest kontestowany nie tylko przez Jana Śpiewaka, który widzi w nim emanację interesów nadwiślańskich elit. Klasa ludowa w tych sprawach została niemal z niczym – jeśli nie liczyć „starych” związków zawodowych, kół gospodyń wiejskich i ochotniczych straży pożarnych.
Skoro najlepiej kojarzony z działalnością propracowniczą ruch związkowy w Polsce znajduje się w trudnej sytuacji i powiązany jest przede wszystkim z dużymi branżami gospodarczymi i wciąż uczestniczy w dużej politycznej grze; skoro mocno pod górę mają ludzie z mniejszych związkowych organizacji, którzy próbują kruszyć antypracowniczy beton, to co powiedzieć choćby o znacznie mniejszych i słabszych radach pracowników?
Jeśli samoorganizacja pracownicza traktowana jest podejrzliwie przez biznes, a co najmniej protekcjonalnie przez państwo – to jak rady miałyby kwitnąć i się rozwijać? Działalność rad i w radach kojarzyć się może wielu ludziom z donkiszoterią. O ile w ogóle wiedzą, czym rady pracowników są w rodzimym układzie społeczno-gospodarczym.
Miżejewski o partycypacji pracowniczej: „nie ma systemowych sojuszników”
Kryzys demokracji i partycypacji pracowniczej dobrze widzą ludzie, którzy znają temat od podszewki. O wypowiedź do niniejszego artykułu poprosiłem Cezarego Miżejewskiego, spółdzielcę Ogólnopolskiego Związku Rewizyjnego Spółdzielni Socjalnych.
Zapytany, co stanowi systemowe trudności dla partycypacji pracowniczej w naszym systemie gospodarczym, rozmówca odpowiada z goryczą: „ta sprawa nadal nie ma systemowych i politycznych sojuszników. Już w trakcie wielkiej dyskusji z 1981 roku niektórzy mieli problem z godzeniem roli rad pracowników z rolą związków zawodowych. Niewiele się zmieniło w tym względzie. Związkowcy boją się utraty i tak niewielkich wpływów, zaś pracodawcy też nie są specjalnymi sojusznikami”. I dodaje mocno: „Wydaje się, że demokracja pracownicza to nieodrobione zadanie ostatniego trzydziestopięciolecia. Nie ma tu zaskoczenia, bo mamy podobne problemy w zakresie demokracji politycznej czy też samorządności (demokracji społecznej). Dlaczego tu miałoby wyglądać inaczej? Do tego dochodzi wszechobecny neoliberalny pogląd o złowrogim wpływie partycypacji na gospodarowanie. Pokoleniowo jest jeszcze trudniej: nowe pokolenia nie mają już żadnych doświadczeń w tym zakresie. Skąd mogą wiedzieć, że może być inaczej? Mam nadzieję, że dojdą jednak do wniosku, że powinno być inaczej”.
Nietrudno uchronić się przed refleksją, że kolejne pokolenie młodych, coraz bardziej „socjalizowanych” do społecznego darwinizmu, musi znaleźć wyjście z labiryntu rodzimych mniemań o państwie i wolnym rynku, żeby zrozumieć, że system opłacalny dla najbogatszych nie jest stworzony dla dobra zwykłych ludzi. Tyle że z czasem coraz trudniej będzie zbierać to, co pozostanie po wielkiej rozbiórce państwa i zasad prawnych chroniących pracownice i pracowników najemnych.
Pesymistyczna uwaga Miżejewskiego, tonowana przez niego nutą optymizmu, ma swoje uzasadnienie. Wyjaśnia, że od dekad znaczenie rad pracowników ma bardzo niszowy charakter. Sprawa podnoszona jest wyłącznie w kontekście zobowiązań europejskich i sprawozdań w tym zakresie. Spółdzielca OZRSS nie przypomina sobie żadnej ważnej politycznej debaty, w której kwestia rad byłaby analizowana czy w ogóle podnoszona. I wskazuje na szerszy kontekst całego zjawiska, ważny dla zrozumienia kryzysu postaw obywatelskich w III RP: „Mam wrażenie, że oczekujemy ludzi »sprawnie zarządzających«, którzy zdecydują za nas, a nie tego, że to my będziemy współuczestniczyć. Przykładem są zmiany dotyczące samorządu terytorialnego, gdzie wprowadzenie wyborów bezpośrednich władz wykonawczych doprowadziło w istocie do atrofii systemu partycypacji obywateli. Ale na to jakoś nie zwrócono uwagi”.
Zapytany o sukcesy i porażki dialogu społecznego po kilku dekadach III RP, Cezary Miżejewski odpowiada nie bez ironii: „Największym sukcesem dialogu jest to, że się jakoś toczy i został umocowany prawnie”. Jego zdaniem dialog między stroną społeczną, politykami i biznesem ma sens, „jeśli strony wzajemnie się szanują albo obawiają”. Niestety, w tym przypadku „słaby partner, czyli ruch pracowniczy, może być lekceważony, bo jego siła oporu nie jest zbyt duża”. Ponownie nasz rozmówca wskazuje szerszy kontekst: „Powiem przewrotnie i z sarkazmem – największym sukcesem dialogu społecznego, czyli porozumienia się wszystkich stron dialogu, była reforma emerytalna z 1997 roku, wprowadzająca m.in. fundusze emerytalne. To był chyba największy sukces dialogu, co muszę przyznać, mówię z dużym przekąsem i rozgoryczeniem. Kwestia płac minimalnych to raczej zasługa decyzji politycznej rządu. Bardziej specjalizuję się obecnie w kwestii polityki społecznej i tu akurat nie widzę żadnych sukcesów od dziesięcioleci. Nie ma to nic wspólnego ze zmieniającymi się w Polsce rządami. Nie wiem też czy poza inicjatywą rządową pojawiają się poważne inicjatywy ze strony partnerów dialogu. Mogę być oczywiście niesprawiedliwy lub niedostatecznie poinformowany, ale dialog społeczny nie jest raczej priorytetem w różnych odsłonach politycznych”.
Trudno powyższe wypowiedzi czytać jako manifest pracowniczego i społecznego optymizmu. Krytyka realiów nie oznacza jednak przyzwolenia na bierność. Zrozumienie kontekstu, w jakim funkcjonują w Polsce rady pracowników, umożliwia również podejmowanie kolejnych działań na ich rzecz. Określenie wyzwań, artykulacja nadziei i obaw, nawet emocjonalny ton pokazują, że są ludzie i środowiska, którym zależy na tym, by sprawy nie odpuszczać. Trudno mieć też wątpliwości, że Polska jest w momencie kolejnego metapolitycznego, a być może ustrojowego przeobrażania. Strona społeczna powinna dobrze rozpoznać swoje interesy, swoich sojuszników i antagonistów. Ważne jest też coś więcej – dojmująco aktualnym wyzwaniem jest docieranie do pokolenia, które najważniejsze życiowe wybory ma dopiero przed sobą. I dopiero się uczy, jakimi kwestiami naprawdę warto się kierować idąc do urny wyborczej.
My wiemy, że demokracja nie zaczyna się i nie kończy w czasach największych politycznych i partyjnych potyczek. Wiemy, pamiętamy, marzymy o Polsce, w której demokracja pracownicza i realny dialog społeczny będą żywym doświadczeniem jak największej liczby najemnych, fizycznych i umysłowych pracownic i pracowników. Skrajnie indywidualistyczna, bo skupiona na ogół wokół jednoosobowej działalności gospodarczej, opowieść spod znaku „zausz firmę” ma potężnych mentorów. Bierność i obojętność społeczna, atomizacja pracowników i pracownic w firmach szalenie cieszy beneficjentów takiej sytuacji. Zadaniem rzeczywistych prospołecznych organizacji jest odbudowa pracowniczego solidaryzmu, aktywność na rzecz rad pracowników, demokracji i partycypacji pracowniczej. Naiwna wiara? U zarania kapitalizmu sytuacja robotników wyglądała bardziej ponuro. Ale i dziś prospołecznych rozwiązań nikt nam nie poda na tacy.
Krzysztof Wołodźko
Przygotowano w ramach projektu Rozwój Centrum Wspierania Rad Pracowników dofinansowanego ze środków Narodowego Instytutu Wolności Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Wspierania Rozwoju Organizacji Poradniczych na lata 2022–2033.