Czas, żeby rady pracowników odbiły się od dna

  • rafał górski ekspert CWRP

Państwowa Inspekcja Pracy skontrolowała u 96 pracodawców przestrzeganie przepisów o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji. Kontrolę zorganizowano na wniosek Instytutu Spraw Obywatelskich, który od ponad trzynastu lat wspiera w Polsce rady pracowników. O raporcie PIP, wadach ustawy i planach przyszłych działań mówi prezes Instytutu, Rafał Górski.

Instytut Spraw Obywatelskich wystąpił o udostępnienie wyników kontroli. Co poczułeś i pomyślałeś, kiedy w połowie marca 2019 roku po raz pierwszy przeczytałeś raport Państwowej Inspekcji Pracy?

Rafał Górski: Poczułem, że pojawiła się szansa, żeby odbić się od dna. Poczułem energię. Pomyślałem, że ta kontrola jest jak wiatr, który można wykorzystać, żeby pójść dalej z kampanią na rzecz rad pracowników, bo obecnie osiadła na mieliźnie. Od kilkunastu lat mówimy, że dialog prowadzony w firmach w oparciu o tę ustawę szwankuje. Był to jednak tylko nasz głos, a teraz naszą tezę i uwagi potwierdziła Państwowa Inspekcja Pracy. Z pewnością to jest sukces. Cieszymy się również z tego, że w końcu przynajmniej na papierze mamy jakiegoś sojusznika.

Jakie jest znaczenie tej kontroli i jej wyników?

Wyniki kontroli potwierdzają głosy, które od wielu lat słyszymy od rad pracowników: że ustawa nie spełnia założeń europejskiej dyrektywy, że nie jest dobrym narzędziem do rozwoju rad pracowników w Polsce. Oczywiście na wyniki kontroli można spojrzeć z dwóch stron: albo podnieść się na duchu i walczyć dalej, albo uznać je za usprawiedliwienie do tego, żeby nic nie robić.

Największe wady tej ustawy?

Przede wszystkim brak precyzyjnego określenia zakresu informacji, których pracodawca powinien udzielać radzie pracowników, a rada mogłaby się domagać od pracodawcy. Z drugiej strony blokada w postaci wymogu zebrania podpisów 10 procent załogi pod wnioskiem o powołanie rady w firmie. To dwa kluczowe defekty tej ustawy.

Wymóg zebrania podpisów 10 procent załogi pod wnioskiem o powołanie rady to ekstremalnie trudne zadanie. Ci pracownicy nie są chronieni przed zwolnieniem. Mówi się, że mamy rynek pracownika. Jednak z naszych kontaktów z radami wynika, że w Polsce pracownicy w miejscu pracy starają się raczej nie wychylać. Obawiają się o zatrudnienie. W związku z tym nie wychodzą z inicjatywą, która mogłaby w jakikolwiek sposób wywołać niepokój pracodawcy. Niestety nie mamy w Polsce kultury dialogu, nie mamy kultury budowania siły firmy na kreatywności pracowników i rozmowie z nimi. Głównie mamy zarządzanie poprzez strach i traktowanie pracowników jak przedmioty, a nie jak podmioty w działalności przedsiębiorstwa.

Należałoby dążyć do upowszechnienia informacji o celu działania i uprawnieniach rad pracowników, aby pracodawcy i pracownicy zrozumieli istotę ich powoływania. Pomimo kilkunastu lat obowiązywania ustawy znajomość jej przepisów należy uznać za niewystarczającą – to fragment z raportu PIP. Co o nim sądzisz?

Trafia on w sedno kwestii związanej z powszechną edukacją i świadomością pracowników na temat funkcjonowania w polskim życiu instytucji rady pracowników. Niezależnie od tego, kto rządził, przez kilkanaście lat nasze państwo nie wzięło na siebie odpowiedzialności i nie zadbało o to, żeby promować rady wśród pracowników. W kontekście tego, co powiedziałem na temat kultury zarządzania w firmach, pracodawcy też nie byli zainteresowani, żeby rada stała się instytucją rozpoznawalną wśród pracowników. Centrale związków zawodowych od zawsze uznają rady za konkurencję. Na to wszystko nakłada się raport PIP. I pojawia się refleksja, że trudno, żeby stan rad pracowników był inny, skoro sami pracownicy i obywatele o tej instytucji praktycznie niewiele wiedzą.

Ile jest rad pracowników w Polsce?

Myślę, że tego nikt nie wie. Ostatnie szacunki sprzed dwóch lat, kiedy jeszcze Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej udostępniało na ten temat informacje na swojej stronie internetowej, wskazywały, że było ich ponad 500. Warto odnotować, że ustawodawca w 2006 roku oceniał, że firm, w których mogą powstać rady, było około 31 tysięcy. W najlepszym okresie dla rad od 2010 do 2011 roku istniało około 3 tysięcy rad. Jak widać mamy tendencję spadkową.

Z twoimi słowami koresponduje fragment raportu PIP: – Inspektorzy pracy mieli niejednokrotnie trudności z wytypowaniem zakładów do kontroli. Po pierwsze ze względu na małą liczbę tych instytucji w zakładach pracy, po drugie w związku z brakiem dostępu do rejestru podmiotów, w których działają rady pracowników.

I mamy błędne koło martwych przepisów. Pracodawcy powinni zgłosić powstanie rady do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Jednak jeśli tego nie zrobią, nie poniosą żadnych konsekwencji. W efekcie nie można nawet ocenić liczebności rad.  

 

Brak rejestru rad pracowników dostępnego dla PIP jak w soczewce pokazuje konstrukcję ustawy. Została ona skonstruowana w taki sposób, żeby w Polsce rady pracowników zaorać, jeszcze zanim zaczęły kiełkować. Rady zostały zduszone w zarodku. Trudno oczekiwać, żeby w takiej sytuacji powstały z nich piękne rośliny, dające dorodne owoce. Z pewnością zaprzepaszczono szansę.

Pamiętam, jak w 2006 roku nieżyjący już senator Zbigniew Romaszewski mówił, że ta ustawa jest historycznym momentem, bo może ona zmienić na lepsze stosunki pracy w Polsce. Jak się okazało po latach, ustawa została tak skonstruowana, żeby te stosunki nie polepszyły się, a wręcz pogorszyły.

Największą szkodą, jaką wyrządziła ustawa w wersji z 2006 roku, było osłabienie inicjatywy i potencjału tych ludzi, którzy w miejscach pracy chcieli się angażować w działalność firm i wzmacniać je poprzez dialog z pracodawcą. W większości przypadków, które znamy, osoby po jednej lub dwóch czteroletnich kadencjach w radzie traciły zapał i następowało wypalenie. Do rad pracowników najczęściej trafiali ludzie, którym na czymś zależało, z inicjatywą, twórczy, kreatywni, chcący się angażować. Jednak przy tak słabej ustawie było im bardzo trudno zachować przez ileś lat funkcjonowania w radzie początkowy zapał i postawy. To jest jedna strona medalu. A druga jest taka, że, jak mówią Chińczycy, każdy kryzys jest szansą na zmianę sytuacji. I ja tak właśnie to wszystko postrzegam. Mogę się mylić, ale w tej chwili liczę, że pokonaliśmy dopiero kilkanaście kilometrów maratonu i jeszcze długa droga przed nami. Mamy teraz dość mocny atut w rękach. W jakim stopniu okaże się on skuteczny, przekonamy się, kiedy zaczniemy go używać w kampanii.

Obecna sytuacja jest fatalna. Jak wyjść z tego dołka?

W 2016 roku powstał społeczny projekt nowelizacji ustawy, wypracowany przez nas wspólnie z radami pracowników. Zastanawiam się, jak wdrożyć w życie tę nowelizację. To jest przecudowne, kiedy decydenci podczas uroczystości składają wieńce pod pomnikami robotników poległych w różnych wydarzeniach historycznych, a później ci sami decydenci niespecjalnie są zainteresowani upowszechnianiem takiej instytucji jak rada pracowników, która wzmacnia pracowników. Nie są zainteresowani, żeby stała się ona elementem pejzażu społeczno-gospodarczego, który mógłby wzmocnić nasze społeczności lokalne i państwo. Myślę, że kontrola PIP jest kolejną kroplą, która drąży skałę. Jak mocna jest jeszcze ta skała, a jak dalece ta kropla jest decydująca, trudno dzisiaj wyrokować.

Jednak nie łudźmy się. Żeby nasza nowelizacja weszła w życie, musi powiać wiatr dużo silniejszy niż ta kontrola PIP, chociaż z pewnością powstał raport, który w tym pomaga.

Teraz ponownie przypomnimy decydentom o radach pracowników. Wyślemy pisma i apele do premiera, jeszcze raz do prezydenta RP. Wykorzystamy zbliżającą się kampanię wyborczą do parlamentu. Czeka nas kilkanaście intensywnych miesięcy, żeby raport PIP nagłośnić, żeby go wykorzystać w interesie najsłabszych, czyli pracowników, którzy na co dzień borykają się z sytuacjami, kiedy są traktowani raczej jak przedmioty niż jak podmioty w miejscach, gdzie spędzają jedną trzecią swojego życia.

 

Z Rafałem Górskim rozmawiała Małgorzata Jankowska